Kategorie: Wszystkie | *Opis bloga* | Felietony | Film | Gry komputerowe | Literatura | Muzyka
RSS
środa, 24 sierpnia 2011
Skala ocen
Większość recenzentów, oprócz tekstowego uzasadnienia swoich wrażeń, posługuje się wszelkiego rodzaju skalami liczbowymi (lub symbolami, które w ostateczności również są liczbami). Zdarzają się skale stosunkowo małe np. Roger Ebert stosuje skalę jedynie czterogwiazdkową, jednak operuje również "połówkami", co daje 8 możliwości oceny. Inne przykłady to procenty, lub punkty (Rotten Tomatoes, Metacritic). Nie ma jednej właściwej. Skala jest raczej wstępem, lub podsumowaniem tekstu.

Po długich przemyśleniach postanowiłem ograniczyć skalę oceny do 7 punktów (od 0 do 6), dopuszczając "połówki". Jednak, zdarzają się takie dzieła, które pomimo swoich niedociągnięć, mają szczególną pozycję w moim (nie bójmy się tak tego nazwać) sercu. Dla nich, idąc za przykładem Filmwebowego serduszka, stworzyłem wykrzyknik (!), aby uwypuklić osobiste znaczenie opisywanego dzieła. Nie potrafię określić jak często wykrzyknik będzie się pojawiał.

Skala posiada standardową budowę, podobną do wielu innych. Ich opisy często są bardzo urozmaicane, lecz nie ma to większego znaczenia. Innymi słowy:

0 - najsłabiej
6 - najlepiej
! - status szczególny
New born?
"Wskrzeszenie" się nie udało. Trochę przygód miałem, trochę się pozmieniało, trochę przemyślałem koncepcję bloga i doszedłem do wniosku, że Komentarze Świętego znikają w swojej obecnej formie.
poniedziałek, 30 czerwca 2008
After Americana! - The Offspring raz jeszcze?!


Ponieważ mój ostatni wpis to recenzja nowej płyty The Offspring, ponieważ nie jest to płyta epokowa, ponieważ mam duży sentyment do tej kapeli, postanowiłem, że ułożę listę piosenek The Offspring, które zostały opublikowane po ich ostatnim dużym sukcesie ("Americana" - 1998), by udowodnić, że Dexter i spółka mieli/mają momenty przebłysku.

Lista składa się z 12 utworów, które wg mnie zespolone razem dają album The Offspring taki, jaki chcieli fani:

1. Can't Repeat
2. The Noose
3. Trust in You
4. You're Gonna Go Far, Kid
5. A Lot Like Me
6. Special Delivery
7. Defy You
8. Mission from God
9. Lightning Rod
10. Stuff is Messed Up
11. Hammerhead
12. Half-Truism

Jak łatwo zauważyć, z płyty "Conspiracy of One" (2000) jest tylko jeden utwór, który i tak zostałby pewnie oceniony słabiej niż reszta. Najlepiej prezentuje się "Rise and Fall, Rage and Grace" (6 piosenek) co świadczy o tym, że to wydawnictwo nie jest takie złe. Warto jednak wspomnieć, że utwory nagrywane/wydawane pojedynczo, czy to soundtrack ("Defy You"), Greatest Hits ("Can't Repeat"), czy odświeżenie starego kawałka ("Mission from God"), znalazły się niemal w komplecie (bez "Next to You"). Brak w tej sklejce optymistycznych akcentów, głupich i nieśmiesznych żartów. Jest dobra mieszanka zróżnicowanego neo-punka, który wydany na jednym krążku mógłby wzmocnić reputację zespołu.

Pierwszym singlem powinien być "You're Gonna Go Far, Kid" jako powiew świeżego grania (porównania z zespołami pokroju My Chemical Romance, czy Panic! At the Disco, z którymi się spotkałem są mocno przesadzone i zdecydowanie nie na miejscu). Drugi singiel ciężko mi jest określić, wszystko wyszłoby z czasem.

Powyższa lista jest niejako dowodem, że The Offspring ma pomysły na bardzo dobre utwory, niestety po 1998 nie udało im się mieć ich tylu na raz, by nagrać udany album.

PS. Tytuł płyty? "Defy You", albo "Can't Repeat"?
PS.2. Coś dużo tych nawiasów;)
01:08, alex_saint
Link Dodaj komentarz »
piątek, 20 czerwca 2008
The Offspring - Rise and Fall, Rage and Grace - Recenzja



Po pięciu latach The Offspring powraca z nową płytą studyjną. Po ostatnich wydawnictwach zespołu - Conspiracy of One (2000) i Splinter (2003) - nasuwało się pytanie czy muzycy z Orange County potrafią jeszcze nagrać album tak przełomowy jak "Smash", czy przebojowy jak "Americana". Z żalem stwierdzam, że nie potrafią.

Zaczyna się typowo, ostro i obiecująco. 'Half-Truism' to wstęp do całości podobny do poprzednich dokonań. Nie rzuca na kolana, ale daje poczucie, że cała reszta może być ciekawa. Zaraz po nim przeżyłem dość spory szok i nie do końca jestem pewien, czy jest to szok pozytywny, czy negatywny. 'Trust in You' pierwszymi riffami brzmi jakby go celowo pominęli w 1994, by pokazać czternaście lat później. Bez najmniejszego problemu mógłby znaleźć się na "Smash'u", tylko czy w kontekście tego, że to nie jest "Smash" ten utwór jest w odpowiednim miejscu, w odpowiednim czasie?

Po przesłuchaniu pierwszej części albumu, a dokładniej sześciu pierwszych utworów byłem jednak bliżej entuzjazmu, aniżeli rozczarowania. Nareszcie singiel ('Hammerhead') nie jest popową przyśpiewką, która ma chwytać melodią i niby-żartem. Przesterowany 'You're Gonna Go Far, Kid" jest porywczy, energiczny i chwytliwy. Możliwe, że najlepszy utwór na płycie. Lamentujący 'A Lot Like Me' spodobał mi się dopiero po jakimś czasie, ale jednak. Warto zwrócić uwagę na bardzo mocny (czyt. dobry) wokal Dextera.

Niestety potem jest już tylko przeciętnie, lub słabo. Dwie ballady: 'Kristy, Are You Doing Okay' i 'Fix You' są mocno naciągnięte, zarówno tekstowo, jak i muzycznie. 'Nothingtown', 'Let's Hear It For Rock Bottom' są mocno średnie. 'Stuff Is Messed Up' broni się, lecz dość opornie. Przy okazji dostajemy porcję arcy-szybkiego wyśpiewania kilkudziesięciu słów, co może jest imponujące, jednak chciałbym to usłyszeć podczas koncertu (ciekawe ile razy Dexter to musiał powtarzać w studio?).

Na koniec napiszę coś czego myślałem, że nie napiszę nigdy. Green Day i Offspring zawsze stawiane były obok siebie, nigdy jednak słuchając i jednych, i drugich nie przychodziło mi do głowy, by porównywać ich style i piosenki. Były dla mnie po prostu różne. Do czasu, kiedy usłyszałem utwór 'Rise and Fall', który jest łudząco podobny do 'American Idiot'. Nie dość, że jest to niejako kawałek tytułowy płyty, to także ostatni, po którym zawsze spodziewam się, że będzie bardzo dobry. Zdecydowanie nie jest, a ja jestem trochę zażenowany. Szkoda.

"Rise and Fall, Rage and Grace" nazwałbym albumem 'pół-pełnym', przy zaznaczeniu, że szklanka jest w połowie pusta. Nie rzuca na kolana niczym, ale także nie ma na nim tak strasznych momentów, gdzie panowie w mocno średnim wieku śpiewają o mydle w więzieniu, czy jakimś żartownisiu, który śmieszny nie jest. Po pięciu latach miałem nadzieję, że The Offspring ma jeszcze kawałek potencjału z lat 90-tych. No i nie pomyliłem się, jednak ten kawałek jest zdecydowanie za mały.

16:22, alex_saint
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 kwietnia 2008
Współczesna konsumpcja muzyczna. Czy to jest złe?
Zainspirowany tym artykułem z Onet.pl postanowiłem się wyrazić :)

W dzisiejszym świecie konsumpcjonizmu rynek muzyczny stanął na krawędzi poważnego kryzysu. Powszechny dostęp do Internetu, a wraz z tym do nielegalnie kopiowanych danych za pomocą programów p2p ustanowił nowy ład na tej płaszczyźnie kultury. Większość wytwórni stara się jakoś radzić sobie z tym problemem, jednak w chwili obecnej jest to nie do przeskoczenia. Niemal każdy domowy użytkownik komputera posiada w swojej bibliotece kilka, a nawet kilkadziesiąt gigabajtów, pochodzących ze źródeł nieoficjalnych - czy to ściągnięte z Internetu, czy przekopiowane od znajomego. Dodatkowo, ludzie słuchają dziś o dużo więcej muzyki, niż przed dekadą. Rzadko zdarza się, by płyta sprzedawała się w milionowych nakładach, a ilość zaczęła przewyższać jakość. Ten nurt można zauważyć w każdym aspekcie kultury muzycznej, zarówno w muzyce popularnej, jak i w szeroko pojętej alternatywie.

Większość mediów, dziennikarzy, krytyków potępia nielegalne ściąganie muzyki za pomocą Internetu, uznając to za akt niewybaczalnej dewiacji równoważnej z kradzieżą. Już nie tak wielu artystów podziela ten pogląd, a sądzę, że jeszcze mniej Internautów. Ja też posiadam nielegalną muzykę na swoim komputerze i Ty, która/y to czytasz najpewniej także. Nielegalną w pojęciu ustanowionego prawa, ale czy tak do końca 'spaczoną', kiedy ujmiemy całą sprawę zupełnie inaczej, z innego punktu widzenia?

Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Ja teraz wygodnie siedzę przy swoim komputerze, dukam słowa na monitor i słucham, a jakże(!), nielegalnie skopiowanej muzyki. Normalnie zapłaciłbym za płyty, które posiadam roczną pensję swojego ojca, ale po co, kiedy mogę je mieć z innych, 'bardziej opłacalnych' źródeł. Tylko, że do tej pory ideologia, która rządziła rynkiem muzycznym była zazwyczaj jedna - najpierw muzyka ma się sprzedać, a później podobać. Nieważne w tym momencie jest czyste założenie niezależnego dzieła artystycznego, które wypływa od ludzi ją tworzących.

Artystów najczęściej dzieli się na dwie podstawowe grupy: wylansowane gwiazdy pop-kultury i niezależni muzycy przeciwni komercjalizacji. Często zdarza się, że ci drudzy przemieniają się w tych pierwszych, a ci pierwsi nagle znikają. Poziom artystyczny muzyka/ów mierzy się w ilości sprzedanych płyt, a te sprzedają się, kiedy są odpowiednio wypromowane kampaniami reklamowymi, bądź po rewelacyjnych ocenach krytyków. Ideologia jednak ma szansę się zmienić, jeżeli już tego nie zrobiła. Internet dał nieograniczone możliwości nielegalnego kopiowania muzyki, ale także zupełnie nowe formy dystrybucji i wydawnictw. Portal myspace.com, obecnie znany praktycznie każdemu fanowi muzyki jest idealnym miejscem do wypromowania się właściwie bez poparcia speców o marketingu z dużych wytwórni (Arctic Monkeys). Sklep iTunes i inne, które oferują płyty, bądź pojedyncze utwory za niewielkie pieniądze, szybko i skutecznie wypierają klasyczną płytę na nośnikach CD, której produkcja i dystrybucja jest o wiele bardziej skomplikowana i kosztowna. Dodatkowo coraz więcej artystów głośno wypowiada swoje poparcie dla rewolucji dystrybucyjnej.

Dopóki jednak Radiohead nie udostępnił swojego albumu 'In Raibows' za "co łaska" nikt nie traktował tego poważnie. Teraz los się powoli odwraca. Nie dość, że Radiohead zarobił "na czysto" kilka milionów dolarów, to na dodatek tym sposobem trudno kogokolwiek oskarżyć o nielegalne posiadanie owej płyty. Prawdopodobne jest także, że co gorliwsi fani i nie fani, pomimo przesłuchania 'In Rainbows' tysiące razy przed jej wydaniem płytowym i tak zakupiło odpowiedni egzemplarz po często nieprzystępnej cenie. Kultowy amerykański zespół punkowy Pennywise poszedł o krok dalej. Przez okres dwóch tygodni każdy 'szaraczek' czy to z USA, czy Azerbejdżanu mógł pozyskać ich płytę 'Reason To Believe' w zupełności za darmo. Jedynym warunkiem jaki musiał spełnić to zalogować się na wspominanym już portalu MySpace (co sprowadza się również do promocji portalu promującego). Inny punkowy zespół - Anti-Flag - opublikował cały nowy materiał do przesłuchania na tymże portalu, choć to już ich drugi album wydany nakładem dużej wytwórni.

Cały czas jestem zdania, że odpowiednie osoby zakupią ich albumy w sklepie, klasycznie, na płytach. I tutaj dochodzę do meritum sprawy. Zwiększona konsumpcja objawiająca się chłonięciem większej ilości płyt, oraz dostęp do nielegalnych środków niesie za sobą to, że przeciętnego słuchacza na pewno nie stać na wszystkie tytuły, którymi jest zainteresowany. Ponadto gusta słuchaczy bardzo się poszerzyły. Każdy może dzisiaj posłuchać różnego rodzaju muzyki, pochodzącej 'znikąd'. Intencją większości jest, by materiał dotarł do jak największej liczby odbiorców. Mamy tu zarówno element artystyczny, jak i komercyjny. Gdy odpowiednia ilość odbiorców usłyszy zespół ten będzie miał szansę na wydanie płyty i kontynuowanie obranej ścieżki. Nie trzeba dzisiaj wysyłać 'demo' do wytwórni w nadziei, że jakiś producent łaskawie posłucha jej raz i albo będzie dobre, albo nie. Pojęcie sukcesu mierzone w liczbach, a nie poziomem artystycznym powoli się zaciera. To my, zwyczajni konsumenci, lecz przede wszystkim miłośnicy muzyki mamy dostęp jako pierwsi do dokonań mniej znanych artystów. To my, w chwili obecnej, jesteśmy sędziami, a nie ludzie, którzy nie dość, że siedzą na wygodnych stołkach w swoich biurach to na dodatek biorą za słuchanie ogromne pokłady pieniędzy. Nam zaś ma się za złe, że docierając do muzyki 'bez przyzwolenia' nie płacimy za nią. Kiedy dotrze do mnie materiał, który mnie oczaruje, którego będę słuchał setki razy, który zwyczajnie uznam, że jest tego warty to pójdę do sklepu fonograficznego i zakupię tę płytę. Nieważne czy słuchałem ją 10 razy, czy 100, czy jeszcze więcej. Wiem, że nie każdy tak zrobi. Jest wielu miłośników, którzy pochłaniają godziny muzyki i im nie starcza. Tylko, że najwięcej nie traci artysta, a wytwórnia. Jeżeli mamy mówić o jakiejkolwiek kulturze to trzeba się najpierw skupić na zysku duchowym, nad celem tego dzieła. Jeżeli tym celem jest tylko sprzedaż to nie mamy w ogóle o czym mówić. Jeśli jednak mają być to doznania duchowe to sami artyści powinni popierać ideę ogólnego dostępu do ich dorobku. Przecież tworzy się dla ludzi, a ich aplauz jest najlepszą nagrodą. Uniwersalny koszyk rynku sprawia, że to też jest ich zawód, sposób na życie, na zarabianie i utrzymanie rodzin. Ale zespoły z 'pod szyldu' mają inne źródła aniżeli sprzedaż płyt. Przecież są koncerty, festiwale, promocja bezpośrednia, gale z nagrodami, reklamy (tak bardzo stygmatyzowane). Osobiście nie słyszałem o artyście, który zbankrutował tylko dlatego, że ludzie ściągają jego płytę z Internetu, albo kopiują od znajomych. Jedyni stratni tutaj to wytwórcy, wydawcy, producenci, sklepy. Płaczą dzisiaj i lamentują, nawołują do bezkompromisowej walki z piractwem, a jest to tak skonstruowane, że zwykły 'obywatel-żuczek' automatycznie ma zaklepane, że robi coś złego (choć i tak robi to dalej).

Słyszałem jednak, słyszę wciąż wiele płaczów prawdziwych fanów i entuzjastów muzyki, którzy nie mogą sobie pozwolić na zakup wszystkich płyt, którymi są oczarowani. Oni nie czują się złodziejami. Nie okradają artystów, gdyż cenią sobie ich dorobek, szanują ich w sposób w jaki sami artyści chcieliby - za poziom ich pracy, a nie za to, że artysta 'wcisnął' im kolejny produkt. Jeżeli nadarzy się okazja na pewno wybiorą się na koncert zespołu. Nie kradną, gdyż nie podszywają się pod samych artystów, nie plagiatują, robią to, bo taka jest teraz kultura. Paradoksem jest też, że wzmożone kampanie promocyjne albumów przykładają rękę zarówno do sprzedaży danego tytułu, jak i do wzmożonej wymiany bezpośredniej.

Mój temat oczywiście nie jest nowy, ciągnie się od lat. Chociażby słynny spór o Napstera, który podzielił wykonawców na dwa obozy. Metallica, która gra koncerty dla kilkudziesięciu tysięcy ludzi, krzyczała najgłośniej jakie to zło się wyplewiło, że nie kupując płyt w legalny sposób ludzie nie szanują ich dorobku. Mogę tylko spekulować, że za jeden koncert zespół dostaje solidną dawkę "zielonych", samą kampanię 'anty-piractwa' sponsorowały wytwórnie płytowe, a każdy wierny fan kupił ich album. Nie wydaje mi się także, że muzycy podróżują w spartańskich warunkach i żyją w komunach nie mając na rachunki za wodę, gaz i prąd.

Czasy się zmieniły, moim zdaniem na lepsze. Wszelkie przypadki stygmatyzowania piractwa i programów p2p nie powinny mieć miejsca, gdyż ukarane powinno zostać niemal całe środowisko dzisiejszych odbiorców. Wytwórnie mają poważny orzech do zgryzienia, a nowe formy dystrybucji dają nadzieję, że więcej usłyszymy niż zapłacimy. Najważniejsze jest jednak, by wymazać 'jedynie słuszną ideologię' - "kupić to czyn moralny, słuchać za darmo nie akceptowalny!" A teraz lecę kupić nową płytę The Raconteurs :)

Aleksander Świętochowski
18:25, alex_saint
Link Dodaj komentarz »